• Wpisów:446
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 15:30
  • Licznik odwiedzin:39 014 / 2859 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Mój staranne budowany klosz ma dziurę i straszliwie przecieka. Muszę przemyśleć sposób jej załatania i rozważyć, czy nie lepiej będzie przebudować go od początku do końca.
 

 
W nawiązaniu do obrazka, rozmowa:

*Nadworny Sceptyk* : ja zawsze rozumiałem bonifacego
*Moi* : Czyli czeka Cię nie dojrzewanie z wiekiem, a zdziecinnienie.
Równowaga w przyrodzie być musi.
*NS* : czeka mnie zakonserwowanie w zrzędliwej złośliwej starości
*Moi* : nie mów takich rzeczy, bo Cię jeszcze ktoś zapuszkuje. Chociaż? Właśnie mi przyszedł do głowy doskonały pomysł!
Byłaby z Ciebie fenomenalna karma dla kotów!
*NS* : nie jestem pewny, czy wyjdzie to dobrze w relacji jakość-cena

Kurtyna!
 

 
Jak sprawić, żeby nikt nie chciał Ci pomóc - prosta instrukcja w pięciu krokach:
1. przynajmniej przez trzy tygodnie napomykaj o okoliczności, która wskazuje na potrzebę pomocy, nie prosząc o pomoc.
2. podkreśl, że będziesz musieć szukać pomocy.
3. po zaproponowaniu pomocy zapytaj pełnym pobłażliwości tonem "jak ty to sobie niby wyobrażasz?"
4. obraź się na odpowiedź "powiedz, czego będziesz potrzebować i oczekiwać i postaram się w taki sposób pomóc."
5. skwituj: "to ty nie wiesz, jak mi pomóc?!?" i nawymyślaj od ludzi bez serca, pojęcia i wyobraźni oraz stwierdź, że takiej pomocy to ty nie potrzebujesz.

Enjoy.
 

 
Spróbuję rzeczowo i na faktach, bo inaczej wyleje mi się tyle rzeczy, że wszystkim zrobi się przykro, a przecież Święta idą, te rodzinne, i nie ma co niepotrzebnie sięgać dalej, jak trzy pokolenia wstecz.

Od przynajmniej 5 lat co roku przyjeżdżam do Siostry w przedświąteczny weekend (w sobotę koło południa i zostaję do niedzieli) i robimy razem ciasteczka. Tradycja uświęcona, przepis objęty tajemnicą, wszystko się zgadza. W tym roku oczywistym było, że jesteśmy umówione na miniony weekend. Dzwonię w środę, potwierdzam i mówię, że przyjadę w piątek, zaczniemy piec, zostanę w sobotę do 21-22, zwinę się na noc i wrócę w niedzielę, jeśli będzie taka potrzeba. Git? Git.

Czwartek - telefon od Siostry: umawiałyśmy się inaczej, nie wiem, dlaczego miałabym się do ciebie dostosowywać, jak nie zostaniesz na noc z soboty na niedzielę, ciasteczek w tym roku nie będzie.

_[Uwielbiam rytuał robienia ciasteczek. Kocham moją małpiatą Siostrę. Ale nie dam sobie założyć lewara tylko i wyłącznie w oparciu o widzimisię, bez żadnych rozsądnych argumentów.]_

Odpowiadam - no to nie będzie.

Wysyłam smsa, że przykro mi, że sprawa została tak postawiona, licząc, że minie wieczór, emocje opadną, smsowo zostanie wymienionych jeszcze kilka ciosów i wszystko się naprostuje.

Dzwonię do Mamy, referuję sprawę, dostaję informację - cóż, szkoda, ale jak nie, to nie.

Żadna wiadomość od Siostry nie przyszła, robić ciasteczek nie pojechałam.

Niedziela nie należała do najłatwiejszych, a to przez sobotnią imprezę w typie bałkańskim, które są wymagające i następnego dnia pobierają stosowny procent od śpiewów i toastów. Dzwoniła Szanowna Rodzicielka, nie byłam w stanie rozmawiać, rozmawiamy dzisiaj, brzmi ok, po czym dostaję od niej maila.

Z maila dowiaduję się, że przecież sama mówiłam, że trzeba się wspierać, a w zasadzie wypięłam się na Siostrę, zostawiłam ją samą, pokazałam, jakie są moje wartości i priorytety. Że oczywiście będę miała tysiąc kontrargumentów, tylko o czym one będą świadczyć. Oraz że najprawdopodobniej Siostra zablokowała maminy numer. A przecież rodzina dla nas wszystkich powinna być najważniejsza.

Dziękuję Wysoki Sądzie, oskarżenie nie ma więcej pytań.

Uśmiech!

<pstryk>
 

 
To już 1000 dni. Dziwne. Przeleciało, jak miesiąc, z drugiej strony wrażenie jest, jakby te 1000 dni obejmowało całe życie, a przynajmniej jakąś epokę. Chyba, że rzeczywiście tak jest.

Uśmiechnę się do Was, albo do siebie - bo i czemu nie
 

 
Ja wiem, że nie ma przegranych spraw. Uczę się tego od lat i praktykuję to od lat, ale ta jest beznadziejna. Całkowicie, ostatecznie i bezapelacyjnie (nomen omen), bo tutaj nie ma *żadnych!* podstaw prawnych. Żadnych okoliczności faktycznych. Niczego! A pisać trzeba. Co? Cokolwiek, czyli duby smalone. N.I.E.N.A.W.I.D.Z.Ę.

Termin dzisiaj, 55 minut na zaniesienie pisma na pocztę, a ja mam w głowie zawodową pustkę.

Na diabła w ogóle się tą sprawą zajmujemy? Bogowie raczą wiedzieć, bo szef się wysypał, że też nie wie.
 

 
Jestem próżnym dziewczęciem, przekonanym o pewnych walorach własnej urody (i nie tylko), niemniej świadomym pewnych drobnych jej defektów, do których zaliczam włosy. Kolor mają najładniejszy na świecie, ale są cieniutkie, łamliwe i generalnie mogłyby występować w reklamach szamponów z odżywkami w roli "przed". Dlatego też swoje piórka wiążę na sposoby różne i w rozpuszczonych widuje się mnie publicznie raczej nie częściej, niż raz na pół roku.

Dzisiaj wypadł właśnie jeden z tych razów. Objawiłam się w biurze, aż tu nahle dziewczęta w zachwyt wpadły i komplementami zaczęły sypać.

Stoję, uśmiecham się, dziękuję i myślę - łacha drą, małpy jedne, czy nie? Podejrzliwość wyzwała próżność na pojedynek i się pałują, a ja krytycznie zerkam na nieszczęsne końcówki i kombinuję, czy w ogóle posiadanie obu tych cech jest polityczne, bo się człowiek tylko denerwuje i innych o złośliwość posądza.
 

 
Powieki tak zapuchnięte, że ledwo udało się je rozkleić, żeby otworzyć oczy po godzinie snu. Żołądek ściśnięty w pięść podwórkowego sadysty. Na gardle supeł. Niczego dzisiaj nie zjem, a trzymanie w pracy otwartych oczu, gorących i pulsujących oraz spoglądanie w monitor uznaję dzisiaj za wyczyn heroiczny.

A jak mówię, że ja nie mogę płakać, to nikt nie wierzy.
 

 
Niemalże niefabularyzowany zapis pewnej rozmowy w tonie egzystencjalnym o życiu i śmierci:

*Nadworny Sceptyk*: Rozstaliśmy się, bo nie potrafiłaś docenić szczęścia, jakie Cię w mojej osobie napotkało.
*LFJ*: Bardzo doceniam szczęście, które mnie w Twojej osobie spotkało. Starałam się jednocześnie omijać wszystkie nieszczęscia, które mnie w Twojej osobie spotkały ;>
*NS*: Tak, wiem, że byłem surowy jeśli chodzi o siedzenie prosto i jedzenie nożem i widelcem.
*LFJ*: Ale nie wspominałeś nic o siorbaniu!
*NS*: One thing at a time
*LFJ*: Nie doceniałeś mojego multitaskingu. A ja potrafię koordynować drogę łyżki z zupą do ust ;>
Piję i idę! I się nie wywracam! Ani sobie słomki do oka nie wbijam!
*NS*: Bo jest już wbita w nos.

Kurtyna!

Z pewnymi argumentami nie sposób dyskutować
  • awatar LaFemmeJuriste: @dezerter: Nad wyraz. Aż dziw bierze, jak to się stało, że ci kulturalni ludzie mimo niewątpliwej sympatii potrafili sobie solidnie działać na nerwy ;)
  • awatar dezerter: kulturalna wymiana spostrzeżeń
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
W zasadzie to mnie jakby tutaj nie ma. Czasu nie mam, zarobiona jestem. Weny nie mam, a jak mam, to na co innego. Humoru na pisanie pysznych dykteryjek takoż (co innego na picie, granie i czytanie).
Chyba, że mi akurat pomysł przyjdzie, wtedy kończy się to tak:

lafemmejuriste.blox.pl

Gdyby to kogoś interesowało
 

 
Nie ma skali, która może rzetelnie opisać, jak bardzo nie cierpię gwizdania. Mam na wszelkie formy gwizdu słuch absolutny i nie ma takiej rzeczy, która powstrzymałaby mnie od prośby o zaprzestanie. Nie wiem, czy na "Most na rzece Kwai" wybrałabym się do kina, gdzie nie ma możliwości wyciszenia w odpowiednim momencie dźwięku, z "Obławy" o mały figiel wyszłabym po pierwszych 2 minutach seansu.

Znajomi bliżsi i dalsi na tysiące różnych sposobów próbowali dowiedzieć się o genezę, przyczynę lub choćby możliwość leczenia. Bezskutecznie. W moim towarzystwie się nie gwiżdże.

Przyzwyczaiłam się do tej lekko nietypowej awersji, egzekwowanej bez żadnych wyjątków.

Wczoraj zasiadłam nad niedokończoną "Godziną detektywów", gdzie czytam o badaniach nad właściwościami grupowymi krwi, którym początek dało odkrycie przez Karla Landsteinera grup krwi, uhonorowane Nagrodą Nobla. A tam:

"[Holzer] Poznał Landsteinera przy pracy, jego wielkość i praktycznie nieprzerwaną działalność naukową. Poznał też jego słabostki, do których należała awersja do gwizdania. Przy najmniejszym zaburzeniu ciszy odzywał się władczy krzyk <<Who is whistling there?>>."

Mam szansę na Nobla!
 

 
Zupełnie przypadkiem znalazłam zrzucone z telefonu na jakąś zapominaną kartę pamięci pamiątki z wspominanych tutaj już wojaży po Niemczech.

Po wizycie na targach w Essen dwa dni spędziłam w Berlinie szwendając się po jego wschodniej części. Na Alexanderplatz trafiłam na na grupkę grającą cuda. Wiem, że nikomu nie chce się odsłuchiwać rzeczy, których nie zna, a ja nawet nie potrafię powiedzieć, czy to była ich kompozycja, czy coś powszechnie znanych artystów, ale zupełnie szczerze polecam przesłuchanie.

Jeżeli to jest jakaś zachęta, to nie wypiłam przez cały dzień kawy i zjadłam tylko zabraną ze sobą kanapkę, co całodzienny budżet na drobiazgi został w ich futerale Ale ja też mam słabość do ulicznych grajków.

__________
Edit: Dla dzielnej i odważnej osoby, która zdecyduje się przesłuchać i powie mi, co oni grają (bo coś mi to przypomina, Apocalyptica może?) przewidziana nagroda.
 

 
I to jest przykład tych drugich.

To jest tak płytkie, tak głupie, tak niestosowne, że aż mi wstyd, że rozpowszechniam. No ale uśmiechnęłam się na ten koncept, więc i Wy się pomartwcie, czy się śmiać wypada
  • awatar Natali <3: *Dasz komentarz,dodasz do obserwujących czy znajomych?Masz to samo*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Sprawa o ustalenie bezskuteczności uznania dziecka, Powód, który twierdzi, że dziecko jednak nie jest jego, na rozprawie zeznaje z wielkim zaangażowaniem:

"Ja się ucieszyłem nawet. Ja go wychowywałem, ja w jego poczęciu uczestniczyłem!"

...

Sąd litościwie nie zaprotokołował
 

 
Biblioteczny automatyczny system powiadamiania wysłał mi dzisiaj smsa, że miejska biblioteka nałożyła na mnie karę w wysokości 27,60 zł za przetrzymanie rozsypującego się Pratchetta, Kinga oraz jakiegoś Łysiaka.

Niniejszym stwierdzam, że dobry uczynek został popełniony, mogę z czystym sumieniem wreszcie te książki odnieść i karę uiścić. Może sobie za to kupią coś nowego?
 

 
Stojąc dumnie na środku pokoju, a nie w wierszykowym kącie, z uniesionym wysoko czołem, zamiast spuszczonego skromnie wzroku i z uśmiechem, który gdyby był tylko odrobinę szerszy pozbawiłby mnie znacznej części głowy niniejszym się chwalę: trzeci rok aplikacji rozpocząć czas*
___________________
* Przez co można rozumieć, że kolokwium roczne na zakończenie II roku szczęśliwie przebrnęłam!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Bardzo dużo przyjemnych rzeczy bawi nocą. Nie tylko nocą zresztą, ale nie o tym dzisiaj.

Bawią również żarciki, może nie bardzo wyrafinowane, ale zmyślne, ot, jak ten:

"Opinion without 3.14 is only an onion."
 

 
Dlaczego mi nie wyświetlasz wpisów osób, które obserwuję, ha?
  • awatar wieczorową porą: Mi nawet nowe nie działają jak trzeba. Główna mnie drażni bo jeszcze trudniej tam znaleźć coś sensownego, problem z obserwowanymi i znajomymi też mnie zaczyna drażnić coraz bardziej... Źle się dzieje, a jesienią mam niski próg tolerancji na takie pierdoły.
  • awatar LaFemmeJuriste: @jacek23151: Niby tak, a jednak nie. Wyświetla nowe, ale tych, które zgubił dalej wyświetlać nie chce.
  • awatar jacek23151: Podobno już wyświetla.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nie umiem, a najlepsze jest to, że czasami nawet nie muszę. Albo nie chcę. W każdym razie dzisiaj nie jestem. O!
 

 
Kategoria: rozrysuj mi prawdę życiową:
http://static1.blip.pl/user_generated/update_pictures/2819869.gif

(a pinger nie umie gifów, bu!)
Edit:
Pinger umie. To ja nie umiem.
  • awatar Gość: @LaFemmeJuriste: Instrukcję wysłałam na priv :)
  • awatar LaFemmeJuriste: @Elficka Inkwizycja: Jak się uczy pingera gifów, napisz proszę, proszę, proszę :)
  • awatar Gość: Pinger umie gify, trzeba sposobem ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Skarga pauliańska to chyba najładniejsza konstrukcja prawna w polskim kodeksie cywilnym. Lekką ręką licząc ma 1500 lat, bo zapisana została w połowie pierwszego tysiąclecia naszej ery. Jest jednak zapewne znacznie starsza...

Dawno dawno temu, w starożytnym Rzymie, półleżąc na jakimś wygodnym i starożytnym odpowiedniku wersalki, podjadając starożytne pyszności i popijając wino, knuł jurysta. Co knuł? Ano sposób, żeby utrzeć nosa dłużnikowi-łachmycie, który majątek miał, ale się go pozbył i teraz starożytny odpowiednik kieszeni w todze na zewnątrz wywija i twierdzi, że bidny i że zapłaty nie będzie.

Ponieważ znakomitym jurystą był i basta, uknuł, że jeżeli ten, co majątek od łachmyty kupił, wiedział, że juryście łachmyta był winien kasę, to jest taką samą jak łachmyta szują i majątek będzie musiał oddać. A łachmyci niech rozliczają się po swojemu między sobą, byle uczciwych obywateli do tego nie mieszali. Wykoncypował też, że jeżeli majątek został podarowany jakiejś subtelnej istotce o delikatnych rączkach, to szczęśliwie obdarowaną też można ścigać, bo to zły obyczaj podarki w postaci nieruchomości wręczać kochankom nie spłacając wcześniej rachunku z łaźni.

Jak wymyślił, tak zostało.

Siedzę sobie zatem na wersalce, podjadam kolorowe serki, popijam wino i podziwiam paulianę.

Wasze zdrowie!

  • awatar LaFemmeJuriste: @be.: Obawiam się, że wersja profesora Radwańskiego jest bliższa doktrynie i linii orzeczniczej. Ale cieszę się, że moja lekko nieortodoksyjna historyjka, brzmi ładniej ;)
  • awatar be.: u Radwańskiego to tak ładnie nie brzmi ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Od czterech lat szwendam się po przybytkach sprawiedliwości w RP: jako praktykantka w sądzie, jako praktykantka w kancelarii, jako pracownik kancelarii, jako aplikantka adwokacka, jako widz i jako pełnomocnik. I obserwuję sobie pracę sądów. Nie sędziów, bo to inna historia, tylko sądów.

Dzisiaj dowiaduję się z fejsika, że pracownicy sądów rozpoczynają protest pod hasłem "Rząd udaje, że nam płaci, a my ciężko pracujemy". Kilkuletnie obserwacje sądowe pozwalają zauważyć, że w tym haśle zabrakło jeszcze jednego "że". Ciekawam wielce, czym protest będzie się różnił od zwyczajnego dnia pracy.
  • awatar LaFemmeJuriste: @dezerter: Podobno ma nie mieć. Likwidacja w założeniu nie będzie likwidacją przybytku sprawiedliwości, tylko samodzielności jednostki. Zatem będziecie mieć ten sam sąd, tylko będzie on "wydziałem zamiejscowym" sądu w Inowrocławiu. Tak przynajmniej to rozumiem. Ma to wprowadzić gigantyczną oszczędność w postaci obcięcia 79 etatów prezesów sądów. Tyle wygrać! Jakby Ci się chciało poczytać uzasadnienie, to trzymaj :) http://www.polskieradio.pl/2b23e819-5f74-46ad-9698-0251ea088ebf.file
  • awatar dezerter: W naszym mieście głośno się zrobiło bo likwidują sąd, przenoszą do Inowrocławia a tu będzie jakiś oddział czy coś takiego ale nawet nie wiem jaki to będzie miało wpływ na sprawiedliwość w tej dziurze.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
To jest tak znakomite, że nie sposób się tym nie podzielić. Czytajcie, oglądajcie i radujcie się

http://www.tvn24.pl/pomorze,42/fotoradar-zlapal-golasa-na-rowerze-tlumaczyl-ze-mial-stringi,280904.html
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wieści ze świata mieszącego się pod szyldem niezależności kropka pl trafiają do mnie kanałami rodzinnymi czy tego chcę, czy nie. Hodując w sobie małego adwokata diabła sprawdzam zatem, z czym przyjdzie mi się zmierzyć przy kolacji. Przedstawiane tam poglądy są wystarczająco odległe od moich, abym obserwowała je bez emocji i z uprzejmym zainteresowaniem. Są jednak rzeczy, których jak długo funkcjonujemy w jednym kręgu kulturowym, gdzie w liceach wciąż wspomina się o fakcie istnienia erystyki, jako alternatywnego dla strzału w potylicę sposobu wyrażenia odmiennych zapatrywań, nie mogę darować.

Zastanawiałam się nad tym długo, żeby nie przełożyć osobistych poglądów nad kwestie o znaczeniu fundamentalnym, rezultat przedstawia się zaś następująco.

Dwa grzechy główne:

1. Szyld reklamowy: "my informujemy - oni kłamią". A sufit przyciąga gorące powietrze. Jesteście tacy sami oni, jak CI ONI. I kłamiecie dokładnie tak samo, ewentualnie - jeżeli określenie to jest zbyt brutalne - tak samo traktujecie prawdę. Nie mam ochoty, czasu ani możliwości na szczegółowe weryfikowanie pojawiających się tam tekstów. Dlatego czytam i ocenę wiarygodności opieram na trzech założeniach:

a) nie istnieje coś takiego, jak obiektywizm. Jak długo podejmujemy próbę komunikacji, jej forma, użyte środki, informacje, które uznamy za istotne będą zależały od nas, naszych doświadczeń, wiedzy, umiejętności choćby. Nawet informacji o pogodzie można nadać cechy emocjonalne, a co dopiero relacjom politycznym.

b) Opisywana sytuacja powinna mieć przynajmniej znamiona realności ograniczanej moją - bujną - wyobraźnią. Publicystyka nie może posługiwać się twardymi dowodami, zatem musi być przekonująca inaczej. Jeżeli jednak tekst dotyczy zagadnień, których nie jestem w stanie na poziomie racjonalnym sobie wyobrazić - powołaj dowody. Bardzo łatwo jest rzucać oskarżenia. Powiedziałabym nawet - nazbyt łatwo. Jeżeli nie potrafisz przedstawić sytuacji w ciągu przyczynowo-skutkowym, który trafia do mnie - nie bierz się za pisanie, gdyż albo brak Ci tematu, albo zręcznego pióra. Jeżeli nie ma zaś podstaw niech będzie przynajmniej przyczyna. Nie mamy dowodów, dajcie chociaż motyw! Przyjmuję z pokorą, że żeby zrozumieć działania szaleńca musiałabym być niczym szaleniec. Dlatego nie zawsze będę mogła prześledzić logikę wydarzeń i orzec: to ma sens, to mogło się stać. Jeżeli znasz jednak cel, to łatwiej przyjąć absurdalność pewnych wydarzeń. Na celu umiera większość teorii spiskowych: brak odpowiedzi na pytanie "po co?!?" nie pozwala ich poważnie traktować. A odpowiedź "bo można" za bardzo trąci mi "Prometeuszem", żeby przyjąć ją jako zadowalającą.

Słowem - Pisaczu! Nie otrzymałeś od Idei przymiotu nieomylności. Nie będzie Ci dana wiara tylko dlatego, że wylałeś swoje przekonania w falujące odmęty internetu. Podejmij próbę odwołania się do rzeczywistości w swoich tekstach.

c) Nie pamiętam, kto opisał to zjawisko w formule szerszej, niż znany patent inż. Mamonia, ale miał rację: wierzymy w to, co już gdzieś usłyszeliśmy. Najlepiej z różnych źródeł. Biorę poprawkę na to, że do nowości podchodzę sceptycznie choćby dlatego, że są nowe.

Teksty czytane na portalu niezależnym w bardzo brzydki sposób usiłują uzyskać przymiot prawdziwości poprzez dokonanie brutalnego podziału "my/oni" w oparciu o kryterium nie dość, że nieadekwatne, to jeszcze jedyne: obiektywizm. Ponieważ ten w przyrodzie nie występuje, stosowanie takiego zabiegu jest zwyczajnie niesportowe. Niesportowe dodatkowo dlatego, że zwycięstwo w biegu o prawdę ma być przyznane bezwysiłkowo - bez sensownych uzasadnień, bez rozsądnych dowodów, bez czegokolwiek, co pozwoliłoby się tym tekstom oprzeć w rzeczywistości i oblec w piórka prawdopodobieństwa chociaż.

2. Lekko ważone słowa. W części tekstów wprost lub w sposób mniejszym lub bardziej zawoalowany wskazywane są przestępstwa, występki, albo przynajmniej wykroczenia dyscyplinarne. No ok, ostatecznie lepiej, żeby ktoś patrzył na ręce, niż gdyby działała wolna amerykanka. Tylko to patrzenie na ręce ma do czegoś prowadzić. Opisywane historie, gdyby znalazły potwierdzenie, miałyby niejednokrotnie zdolność posadzenia na lata wielu ludzi. I tutaj zaczyna się problem. Nie kocham dziennikarzy, wręcz przeciwnie, ale doceniam instytucję śledztwa dziennikarskiego. Piszą o rzeczach karygodnych, o nieprawidłowościach: dlaczego te historie nie znajdują finału w sądzie? Dlaczego 99% zarzucanych czynów pozostaje wyłącznie zarzutami? Czy to ogólnonarodowy spisek zmierzający do zatuszowania wszystkich tych opisywanych wydarzeń, czy tchórzostwo? Tchórzostwo rozumiane jako brak odwagi cywilnej, aby z wyszukanymi nieprawidłowościami udać się do stosownych organów? A może dowodów na te nieprawidłowości nie ma? A może to tylko takie przypuszczenia, które nie ostaną się w sądzie? Jeżeli tak, to dlaczego rzucane są złe słowa na wiatr?

Można wyznawać różne ideały, można inaczej patrzeć na świat, historię, bieżące wydarzenia. Można się szczerze nie lubić i z tego braku sympatii ukuć w toku konstruktywnego sporu kawałek odrobinę lepszej rzeczywistości. Żeby to się udało należy się wzajemnie szanować. Nie liczę na wzajemny szacunek, ale niosę w naiwnym serduszku głębokie przekonanie człowieka, który stara się być przyzwoity, że takie działania są nieuczciwe, szkodliwe i że tak być nie powinno. Nie tego też oczekuję od wannabe poważnej, opozycyjnej siły politycznej. Nie tak naprawia się kraj.

I tyle. Czasami trzeba to sobie głośno powiedzieć, żeby nie zapomnieć. Zdecydowanie zbyt łatwo zapomina się o tym, jak być powinno.
 

 
Kolokwium roczne mam za trzy tygodnie (za dwa tygodnie i dwa dni, ale zaklinam rzeczywistość, żeby nie wpaść w panikę) i postanowiłam swoje znakomite doświadczenia praktyczne wesprzeć wiedzą teoretyczną. Otwieram najświętszy komentarz K. Pietrzykowskiego do Kodeksu cywilnego i już w pierwszym zdaniu dostaję młotkiem po głowie, dowiadując się, że mamy w Polsce pandektową systematykę prawa cywilnego.

Pięć lat studiów.

Dwa lata aplikacji.

Cztery lata praktyki zawodowej.

A ja dzisiaj dowiaduję się o teoretycznoprawnym pojęciu określającym moją codzienną pracę. Trochę obciach.
 

 
Złapałam się dzisiaj dwukrotnie na głębokiej potrzebie zmiękczania końcówek. Oglądałam uroczy filmik o "heroiźmie" i sprawdzałam, o co chodzi w uwadze o "narcyźmie".

Jest ryzyko, że gdyby nie ostrzeżenia autokorekty, nie zwróciłabym na to uwagi. Ta przerażająca konstatacja zmobilizowała mnie do poważnej rozmowy z samą sobą, której rezultatem było odkrycie jeszcze straszniejsze - ja tak po prostu mówię!

I się załamałam.
__________________
Btw. wg Wikipedii węgierski ma 29 przypadków!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nie lubię panikować, ani dorabiać sobie ideologii do faktów, chociaż skaza ta nie jest mi obca. Dlatego staram się utrzymywać stosunki z ludźmi, których podejście jest dla mnie zrozumiałe, dzięki czemu ryzyko kosmicznego nieporozumienia co do intencji jest ograniczone do minimum.

Aż tu nagle wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że stosunki dyplomatyczne zostały zawieszone. Nauki wyniesione z domu i doświadczenie zdobyte wśród cywilizowanych ludzi pozwalają mi wyciągnąć taki wniosek z nagłej i niespodziewanej ciszy w eterze, która zapadła po drugiej stronie znajomości. Jedyne, czego mi brakuje do pełni tego smutnego obrazka, to przyczyny. W głowę zachodzę i nie rozumiem: dlaczego?!?

Mogę chyba zatem przyjąć, że jeżeli nie zostałam oznaczona oficjalnie jako persona non grata, to dalej się ziomimy? No bo ja już sama nie wiem...

Co robić, panie premierze, jak żyć?
 

 
Obserwacje, które zawdzięczamy spirytusowi kukułkowemu:

- J. śpisz?
- Nie...
- J.! SPISZ?
- Śpię...
- Cieszę się, że się rozumiemy.
_____________

- Słuchaj... Ale ta kromka jest już dostatecznie dobrze posmarowana z drugiej strony, wiesz?
 

 
Podejrzewałam, że tak to może wyglądać, ale chyba trochę zakładałam, że (jak zwykle) mnie to nie dotyczy. Słyszałam jak gdzieś tam ludzie szeptali, że jak raz się zacznie, to później trudno przestać.

Rzeczywiście. Wszystko dawno już się zagoiło, kilka świecidełek kupiłam i bez uprzedzenia zalęgła mi się z tyłu blond główki myśl, że może by tak jeszcze jeden? Albo dwa? Zalęgła się i nijak zatłuc jej nie mogę, więc chyba nie będę wymyślać, tylko się tej koncepcji poddam.

Będą dwa nowe kolczyki w uchu :>
 

 
Marudność mnie ogarnęła niewiarygodna i jak zwykle przy takiej okazji zatonęłam w sentymentach. Trochę to jest niezdrowe, ale nic nie poradzę na to, że (z reguły) bez łez, żali ani darcia szat lubię odkurzać historyczne tomy Zofizmatowych dziejów.

Lubię mieć je udokumentowane, chociaż to trochę niebezpieczne. Lubię czytać starą korespondencję, słuchać muzyki, którą mam sklejoną w mózgu z ludźmi, wydarzeniami, miejscami i której przyporządkowanie pielęgnuję z dziwacznym pewnie uporem. Ożywają wtedy duchy, czasami duchy zmarłych, co boli. Ale bez tej "dokumentacji" zbyt łatwo zapomnieć.

Uśmiechanie się do przeszłości jest głupie, nie?
 

 
Coś mi się ostatnio strasznie na uszy rzuciło. Najpierw wpadłam po szyję w sidła Die Antwoord do tego stopnia, że idąc korytarzem sądowym złapałam się na nuceniu cichutko pod nosem "aiaiai, ai em jor baterflaj", a teraz to... o_O
No ale nic nie poradzę na to, że wchodzi...
 

 
Proszę na mnie nie patrzeć krzywo. Nie marszczyć się z dezaprobatą, ani nie otwierać ust ze zdumienia.

Zaczynało mi już brakować pracy w nocy. Serio.

A teraz, mając szansę na trzeci etat może będę zaglądać tutaj częściej
 

 
Potrzebuję pilnie nabyć solidną dawkę cynizmu i zdrowego dystansu do swojej pracy, bo mnie nerwy zjedzą.

Dzisiaj dowiedziałam się, co sąd zrobił z moim cudownym dzieckiem w postaci wniosku o zabezpieczenie. Wniosek był prawie perfekcyjny, a sprawę potraktowałam honorowo. I co? I oddalenie! Niech no ja tylko, żkurde, dorwę uzasadnienie, to w zażaleniu zrobię z niego miazgę.

Moim idolem jest w tej materii kolega, który odbierając telefon od klienta zapytał kiedyś: "No co to się stało pana bratu, że z nożem na waszą matkę się rzucił?"

...
 

 
Miło uśmiecha się do wspomnień, nawet jeżeli te wspomnienia nie uśmiechają się już do Ciebie - hermetyczne dywagacje wokół playlisty
 

 
Za Powoda staje aplikantka adwokacka (...), pełnomocnictwo... pełnomocnictwo... pełnomocnictwo w biurze...*

_________________
* standardowa formułka brzmi "pełnomocnictwo w aktach sprawy"

 

 
Odcięli nam gaz i nie ma ciepłej wody...

Wiedziałam, że o czymś zapomniałam.

Tym czymś był schowany pod klawiaturą rachunek.