zofizmaty
 
Nie jestem osobą przesądną, chociaż przyznaję, że zdarza mi się - tak na wszelki wypadek - postawić diabłu ogarek. Nie wierzę w dni dobre, dni złe, nie obmacuję się nerwowo w poszukiwaniu guzika, jak mijam kominiarza, nie obiegam całego kwartału, żeby nie przeciąć ścieżki z czarnym kotem, ani nie barykaduję się w pokoju w piątek 13-go.

Dochodzę jednak do wniosku, że siły Złego, bądź bogini Perfidia postanowiły wbić mnie w trzynastkowo-poniedziałkową traumę. Gdy patrzę z dzisiejszej, spokojnej perspektywy na wczorajszy dzień, to wydaje mi się wprost niewiarygodne, ile spraw poszło spektakularnie nie tak.

Zaczęło się od tego, że wpadłam w jakiś totalny postal-mode. A dalej poszło już z górki. Mars, który obudził się we mnie po długim i kamiennym śnie, domagał się ofiar: licznych i krwawych. Położyłam zatem na jego ołtarzu szefa (poirytowany mail na tydzień przed końcem okresu próbnego!!!), Pana Analityka (telefon od czapy z awanturą o wpis na blipie sprzed trzech dni!) i kolegów z pracy (czy wy w ogóle potraficie załatwić coś w sądzie!?!).

:o

Dopiero informacja od Szefa Naczelnego, że będziemy rozmawiać o mojej przyszłości w Kancelarii ostudziła nieco mój zapał bojowy i żądzę mordu. Dalej trzy uspokajające rozmowy telefoniczne, przepyszna kolacja przygotowana przez Najlepszego Tłumacza na Świecie i 7 fragów w jednej bitwie na WoT wspólnymi siłami zażegnały kryzys światopoglądowy, pozostawiając pytanie: ale co się właściwie stało?!?

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego