Obiecałam, że następny odcinek epopei o powrotach Zofizmatów na nogi będzie o austriackiej służbie zdrowia, ale nie sądziłam, że będzie on spowodowany mniej osobistymi urokami lekarza na urazówce, a bardziej megagermańską organizacją!
Żeby jednak było po kolei, wypada opisać, jak to mniej - więcej było. Otóż po zaliczeniu efektownej gleby, której najciekawszym elementem było to, że cała ja zjeżdżałam sobie głową w dół podczas gdy prawa podpora mojego jestestwa pozostała w górze razem z przyczepioną do niej nad wyraz skutecznie nartą, okazało się, że mimo najszczerszych chęci nie za bardzo potrafię wstać. Zmuszona przełknąć wstyd, dumę i płynące nie wiadomo skąd łzy, zadzwoniłam po wsparcie kolegów, z którymi jeździłam, a którym poświęcę odrębny odcinek
Zawieziona do szpitala i wsadzona na wózek (!!!) poczułam się niczym 100% inwalidka.
Pierwsze zderzenie z służbą zdrowia w pięknej Austrii było niezbyt miłe, gdyż na dzień dobry nakazano mi wypełnić formularz, co drażni mnie zawsze i wszędzie, w szczególności zaś wtedy, gdy mnie coś boli. Niemniej wiedząc, że to poukładany kraj spełniłam życzenie pani w rejestracji, aby po jakichś 20 minutach zostać zawezwaną na wstępne oględziny. Należy przy tym zaznaczyć, że przede mną w poczekalni znajdowało się jeszcze z 10 osób, co oznacza, że albo mają tam sporo lekarzy do bieżącej obsługi pacjentów, albo wszystkich zbywają na szybko. I wiem teraz, że raczej to pierwsze
Tym, czym szpital w miejscowości St. Johann in Tirol zachwycił mnie w pierwszej kolejności byli, moje drogie/moi drodzy... lekarze! W ortopedzie, który mnie opatrywał zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Młody, przepiękny, niezbyt wysoki blondynek, znakomicie posługujący się angielskim i z takimi ślicznymi błękitnymi oczami... Najlepsze jest jednak to, że nie przy nim jednym ciśnienie się podnosiło, a ręka jakoś automatycznie poprawiała włosy. Tam po prostu wszyscy lekarze, lekarki i pielęgniarki byli piękni, młodzi, absolutnie uroczy i uśmiechnięci, przy zachowaniu pełnej powagi i fachowości. Coś fantastycznego!
Do tego tempo, w jakim obejrzano moje nieszczęsne kolano, zrobiono mu zdjęcia rentgenowskie (które od razu wylądowały na monitorze komputera w pokoju lekarza!), zbadano kolano jeszcze raz, zaordynowano ortezę i zaaplikowano zastrzyk, było zdumiewające. U nas musiałabym na każdy kolejny etap czekać po min. 45 minut...
Jednak tym, co zmusiło mnie do uznania wyższości austriackiej służby zdrowia i czołobitnych zachwytów nad działaniem administracji germańskiej, był sposób załatwiania spraw papierkowych. Wyobraźcie sobie Państwo, że nóżkę uszkodziłam sobie w poniedziałek, tego samego dnia byłam w szpitalu w Austrii. Wczoraj zaś, czyli w czwartek, trzy dni po wypadku, dzwoni do mnie moja szanowna rodzicielka z informacją, że przyszły do mnie listy z Austrii z płytką (przypuszczam, że są na niej zdjęcia rentgenowskie) oraz dokumentami...
Trzy dni! Zdążyli przygotować do wysłania, wysłać, zdążyło dojść do mnie. W Polsce - wybaczcie Polacy - do czwartku nie podjętoby jeszcze decyzji, czy w ogóle cokolwiek jest mi potrzebne!
Tak oto zostałam oficjalnie fanką Austriaków, Tyrolu i austriackich lekarzy!
-
Elficka Inkwizycja:
-
Zofizmaty:
Pokaż wszystkie (2) ›